music

środa, 25 grudnia 2019

Tęsknie.

Boli mnie to trochę wewnętrznie. Tak blisko środka klatki piersiowej, o tutaj, tak boli bezszelestnie. To udawanie chyba weszło mi w nawyk. 

Wiecie - Udawanie, że wszystko jest w porządku, że wcale nie rujnuję swojego życia, że mi nie zależy... A ja się martwię,
ja myślę, 
ja czuję.

I już sama nie wiem co robić. Gubię się w tej drodze specjalnie uszytej dla mnie.



Wiecie co?
Zawsze jak komuś coś wyznaję, coś takiego od serca co niby czuje się mocno - zawsze dostaję po dupie. I nigdy nie wiem za co. No... Przecież ja chcę dobra.
Miłości.
Bliskości.
I czułości.

No... Czy ja pragnę tak wiele?



Poznałam kogoś w tym roku. A raczej odważyłam się napisać do tej osoby. I co? 
I było fajnie przez pół roku. Potem ten ktoś zrezygnował ot tak ze mnie. 
Wyrzucił ze swojego życia jak szmacianą lalkę, którą się wyrzuca gdy nie jest już nikomu potrzebna.
A ja... chciałam tylko trochę uwagi. 
I dostałam jej. Ale co z tego, gdy już jej nie ma?
Czy ja... Czy ja wyglądam na zabawkę, którą można porzucić?

No... chyba nie. 
A tak się czuję.


I mam sny teraz o tobie, z tobą. Wesoło jest bardzo, gdy dryfuję w nieznanym. 
Smutno gdy schodzę na ziemię. Gdy otwieram oczy i znowu to samo. 
Nie wiem co robić.
Bo tęsknie, bo pragnę Ciebie, jak nikogo innego jeszcze w życiu.
Ale co ja tam wiem, hah. 
O tej miłości, bliskości. No właśnie, co ja tam wiem...


Naprawdę nie wiem za co, ale przepraszam.
Odezwij się, proszę.

Inaczej umrę.

niedziela, 8 września 2019

Powrót do koszmaru.

Chyba bylibyście w szoku, jak dużo potrafię zacząć postów i ich nie kończyć. Zostawiać samych i smutnych bez pojedynczych słów.


Ale teraz nadszedł ten czas, czas na jakieś zmiany w pisaniu, może w charakterze. To może... zacznijmy, tak od początku.

Więc... co u mnie? Jakoś się trzymam. Jakoś - to znaczy niby żyję, funkcjonuję ale polega to na zasadzie, że w każdej wykonywanej przeze mnie czynności nie widzę jakiegokolwiek sensu. Jakbyś rzeczywiście żył ale w tym samym czasie był martwy. Skomplikowane... Jak całe życie.

Jak wiecie wróciłam do szkoły, jestem jakimś cudem w trzeciej klasie (bynajmniej nie powinno mnie tu być!) i no... uczę się, chyba. Znaczy dopiero zaczynam bo koniec końców jest ósmego września... I tyle znów nieprzespanych nocy i chęci do odebrania sobie życia przede mną, haha. Od gimnazjum szyję specjalny sznur z uczuć i emocji, na którym zawisnę jeśli dalej będzie jak jest.


A co z wakacjami?
No... tak jak szybko się pojawiły, tak szybko się skończyły. Jakoś tak czuję jakbym nie żyła w tamtym okresie, jakbym to wszystko przespała, a nie było najgorzej z moim snem. Tu - muszę się pochwalić bo chodziłam prawie regularnie spać między północą a pierwszą w nocy i wstawałam po dziewiątej rano. Nie najgorzej... dla mnie.
Trochę czytałam...
pisałam...
oglądałam i grałam...
ale jakoś tak mało wychodziłam, do ludzi (czemu mnie to nie dziwi?)
Znaczy się... no byłam z kilka razy spotkać się z koleżanką z klasy i... i tak, to by było na tyle.
Oczywiście miałam w planach wyciągnąć z domu pewnego chłopca, ale się nie udało, hah.
Haha.
Ha.


Chciałabym się cofnąć w czasie by móc zrobić coś więcej przez te dwa miesiące.
O... o... i znowu lekkie gdybanie. Przepraszam.
Chyba jestem zmęczona, w inny sposób niż myślisz.
Nie potrafię zamknąć powiek i usnąć jak normalny i zdrowy psychicznie człowiek.

Zmęczona...
A to dopiero początek nowego i potężniejszego koszmaru jaki mnie czeka przez najbliższe miesiące.
Powinnam sobie życzyć głośnego 'powodzenia', lecz zamiast tego wykrzyczę w swojej głowie 'bądź silna'.


A.

wtorek, 2 lipca 2019

Nienawidzę siebie.

Uwaga - post na spontanie. Ot tak wzięło mnie teraz na mówienie prawdy, o sobie. Nie wiem czy opublikuję tego posta, pewnie tak, ale... nie wiem.



Tak więc... trochę o mnie, o moim życiu i tego jak bardzo go nienawidzę.






Znowu czuję się jak gówno. Zjedzone, wydalone i rozdeptane ponownie. Nic nowego, hah. Od kilku albo i nawet kilkunastu miesięcy czuję się zmęczona. Wszystkim. Nie mam czasu na szczęście, na cieszenie się ulotnymi chwilami. Nawet.. nawet nie mam tego szczęścia. Wybaczcie, że pisze chaotycznie, masło maślane czy coś, ale jak mówiłam - spontan.

Wstanie z łóżka, pójście do toalety, umycie włosów - to takie... ciężkie do zrobienia. Jeśli mnie wyśmiejesz - proszę wyjdź. Nie wiem dlaczego tak się dzieje, co jest nie tak? Czy to siedzi w mojej głowie, jakiś problem, czy po prostu taka jestem? Bo różne charaktery się rodzą. Ale żeby aż takie... takie beznadziejne jak ja?
Wiecie co - mam dosyć tego, że codziennie patrzę w lustro i widzę same kompleksy. Już dawno... albo i w ogóle, tak - nigdy nie powiedziałam o swoim wyglądzie dobrego słowa. Nie widzę nic na plus. Wszystko co posiadam od urodzenia najchętniej bym zamieniła, na coś lepszego, na coś z czego będę w końcu zadowolona.
Potrafię się rozpłakać, gdy patrzę w lustro i widzę to gówno gapiące się na mnie. Ten krzywy ryj, krzywe palce i wypadające włosy. Chce mi się płakać... Wypadające włosy - mój koszmar.


Jeszcze charakter... Okropny charakter. Pamiętacie ile razy pisałam, że zepsułam z kimś relacje, że nie chce wchodzić w nową, angażować się bo i tak to wszystko szlag weźmie? Zapewne. Wszystko zniszczyłam ja. Bo jestem psujem, który nie potrafi docenić to co ma pod nosem. Będzie patrzył do innego, czyjegoś talerza i porównywał go do swojego. Taka moja natura. Beznadziejna swoją drogą.


Lęk społeczny.


To co może teraz trochę o nim? Czy za dużo już was nim zanudziłam? Wiecie jakie to uczucie, gdy ciągle za coś przepraszacie? Gdy bierzecie każdą winę na siebie?
Wiecie jaką robią minę rodzice, gdy dowiadują się, że boisz się podejść do kasy i zapłacić za coś?
Jestem takim zerem społecznym, że !uwaga! może się zaśmiejecie teraz, ale mam problem pojechać gdzieś na rowerze. Mam wrażenie, że przeszkadzam tym ważniejszym na drodze - kierowcom samochodów. Bo wiecie - trzeba wymijać, a jak z drugiej strony jedzie samochód a przed nami rowerzysta to trzeba zwolnić i potem znowu się rozpędzać. Więc czuję się taką zakałą drogową i coraz częściej unikam pojechania rowerem gdziekolwiek. Dzięki temu, straciłam trochę szczęścia z jeżdżenia.




To takie smutne. Mdłe. Wstrętne.
To moje życie.
Tak bardzo go nienawidzę.
Tak bardzo chciałabym je zamienić na inne, na lepsze, gdzie pokocham siebie.

Jak to jest kochać samego siebie? Nie widzieć okropnej sylwetki i twarzy w lustrze?
Jak to jest... akceptować samego siebie?



Czuję się taka zepsuta od środka. Jakby nic tam pozytywnego już nie było. Jakby te ostatnie promyki powędrowały siną dal. A ja nie chcę tak żyć. Nie chcę w ogóle żyć.

czwartek, 27 czerwca 2019

Bez tytułu.

Muzyka? Włączona.

Nowy post? - Jest pisany.



Chyba mogę powiedzieć, że jestem z siebie dumna. Tak po części.
Od kwietnia próbuję walczyć o pewną osobę. Z każdym nowym dniem poznaję ją jeszcze bardziej. I o dziwo - nie zrażam się. Jest elokwentna, zabawna i interesująca.
Nie często zdarzają mi się pozytywne myśli, a jak już są to szybko odchodzą. Siną w dal. Ale tutaj, ciągle mam nadzieję i myśli, które pobudzają mnie do działania.

Bo czymże byłby umysł bez dających kopa, myśli?



Codziennie zaskakuje mnie nowymi pomysłami na życie. Dodaje mi siłę i energię do wstania z łóżka i zrobienia czegoś pożytecznego. Czuję, że powoli się uzależniam od pisania z nim. Niestety tylko na tyle sobie mogę póki co pozwolić.

Śmieszne jest to, że jak nie odpisuje mi przez dziesięć minut, pomimo,  że wyświetlił - ja, potrafię snuć teorie, że ma mnie dość, że się znudził. A gdy nagle widzę ikonkę "pisania", od razu dostaję  pozytywny zryw, a negatywne myśli, które jeszcze chwile temu zalewały mi głowę - odchodzą.
Dzisiaj znowu mnie zaskoczył swoim życiem, ambicją. Samym sobą. Aż zaczynam zazdrościć, tego, że jest taki pewny siebie i mówię by choć trochę oddał mi swojej pewności.
Podziwiam go mocno, że mu się chce, pomimo tylu słów krzywdzących w jego stronę, które wysyłali jego rówieśnicy i brak wsparcia od najbliższych, od rodziny. Gdybym mogła, byłabym przy nim od samego zaczęcia tego co robi dla siebie. Chciałabym być dla niego ogromnym wsparciem i zaufaniem.
Póki co - staram się, ale co z tego tak naprawdę wyjdzie... Nikt nie wie.



Do usłyszenia.


A.


czwartek, 13 czerwca 2019

Do zakochania jeden krok...

Przez większość swojego życia byłam samotna. W takim sensie, że... brakowało mi miłości od drugiej osoby. Nie mówię tu o rodzicach bo poniekąd ich miłość otrzymałam. Jednak oni nie zastąpią mi 'tego czegoś'. 
Zawsze chciałam kochać i być kochaną. I nawet dwa razy mi się zdarzyło lekkie zauroczenie. Dwa związki, które rozpadły się przeze mnie bo ot chciałam się pobawić, zobaczyć jak to jest, poznać nowe rzeczy. Nigdy nikogo nie kochałam ponad siebie. Nigdy.
I wiecie co - pierwszy raz w życiu jestem zakochana. Teraz. Tak bardzo, bardzo, że codziennie potrafię wchodzić na profil tejże osoby, żeby przeglądać jego zdjęcia i uśmiechać się jak głupia.
Straszne, wiem. Nie jestem psychiczną dziewczyną, o nie. Daleko mi do takiej. Ja po prostu chcę szczęścia.
A teraz najśmieszniejsze - od niedawna piszę z tą osobą. Codziennie. Ostatnio miał urodziny, złożyłam mu życzenia. 

Ale jest we mnie coś, co mówi mi, że to od tak wszystko spierdolę. Ja. Nie on. W końcu to ja potrafię spierdolić wszystko, a przynajmniej za taką się uważam. Okropne uczucie.
Czuję, że się narzucam, że on nie chce ze mną utrzymywać kontaktu. A ja tego potrzebuję. A jak wszystko zgaśnie? Co wtedy?
Jeśli coś gaśnie, wypala się trzeba... trzeba dolać benzyny! Ale.. Ja nie wiem czy takową mam. A nawet jeśli to i tak jej nie użyję, bo nie potrafię. To zabawka dla dorosłych, odpowiedzialnych ludzi.


"Cause I can't make you love me if you don't 
You can't make your heart feel something it won't ..."



A jeśli nigdy nie byliśmy sobie pisani. Co teraz?
Czy jeśli...

.

czwartek, 25 kwietnia 2019

Niekonwencjonalny umysł.

A chciałbym mieć w życiu łatwiej. I prościej. I żebyś Ty zawsze przy mnie był. I zasypiał i budził się przy moim boku. Żeby życie było łatwiejsze, mógłbym zrobić tak wiele.
Ale prawda smutna i bolesna. Ciebie nie ma. Ja znikam. Powoli rezygnując z siebie, opadam na dno. A kto mnie odnajdzie, podniesie i powie, że nie było warto?
Nikt.
I znowu sam wśród czterech ścian zasiadam. I znowu szare ściany, bloki a nawet niebo spogląda na moje senne powieki.
Gdzieś w oddali gra telewizja. Ludzie uśmiechnięci. Wygrywają miliony, miliony giną.
A ja nadal smutny, okryty bólem zaściankowej ciszy. Ciszy tak głośnej, że ciężko skupić myśli.
I słońce i deszcz razem dają szczęście. Kolorowe promyki na mej bladej skórze. Schodzę w dół, nie spoglądam w górę. Bo w górę patrzą litościwi.
I ostatni raz patrzę w dół, tak cichy i bezszelestny. I ostatni raz czuję jak wiatr muska mnie po twarzy. Łzy płyną jak rzeka w czasie burzy. I płyną i płyną, opadają na dno. A z łzami na dno opadam i ja.

wtorek, 23 kwietnia 2019

Jak to. Jest?

Jak to jest. Jak to jest kochać? To takie niezrozumiałe dla mnie.
Jak to jest? Gdy o poranku możesz widzieć tą jedną ważną
dla ciebie osobę.
Trochę się pogubiłam, w tym tajemniczym świecie.
Zgubiłam ścieżkę. Poszłam na skróty. 
Obiecano mi koronę ze złota, a okazała się być słomianą.
Jak to jest.
Nie bać się następnego dnia. Zasypiać szczęśliwym, budzić się bezstresowym.
Co to za życie. 
Marne życie.
Bolące każdego dnia.
A ja ciągle mam nadzieję i nie pozwalam jej odejść.
Chociaż swoimi kolcami rani każdy skrawek mojego ciała.
Jak to jest?
Czy żyć dalej, czy pozwolić jej odejść.
Daleko.
Bo...
Trochę się pogubiłam, w tym okrutnym świecie,
gdzie nadzieja zastępuje słowo "Jutro".
Jak to jest.
Jak to jest?