Boli mnie to trochę wewnętrznie. Tak blisko środka klatki piersiowej, o tutaj, tak boli bezszelestnie. To udawanie chyba weszło mi w nawyk.
Wiecie - Udawanie, że wszystko jest w porządku, że wcale nie rujnuję swojego życia, że mi nie zależy... A ja się martwię,
ja myślę,
ja czuję.
I już sama nie wiem co robić. Gubię się w tej drodze specjalnie uszytej dla mnie.
Wiecie co?
Zawsze jak komuś coś wyznaję, coś takiego od serca co niby czuje się mocno - zawsze dostaję po dupie. I nigdy nie wiem za co. No... Przecież ja chcę dobra.
Miłości.
Bliskości.
I czułości.
No... Czy ja pragnę tak wiele?
Poznałam kogoś w tym roku. A raczej odważyłam się napisać do tej osoby. I co?
I było fajnie przez pół roku. Potem ten ktoś zrezygnował ot tak ze mnie.
Wyrzucił ze swojego życia jak szmacianą lalkę, którą się wyrzuca gdy nie jest już nikomu potrzebna.
A ja... chciałam tylko trochę uwagi.
I dostałam jej. Ale co z tego, gdy już jej nie ma?
Czy ja... Czy ja wyglądam na zabawkę, którą można porzucić?
No... chyba nie.
A tak się czuję.
I mam sny teraz o tobie, z tobą. Wesoło jest bardzo, gdy dryfuję w nieznanym.
Smutno gdy schodzę na ziemię. Gdy otwieram oczy i znowu to samo.
Nie wiem co robić.
Bo tęsknie, bo pragnę Ciebie, jak nikogo innego jeszcze w życiu.
Ale co ja tam wiem, hah.
O tej miłości, bliskości. No właśnie, co ja tam wiem...
Naprawdę nie wiem za co, ale przepraszam.
Odezwij się, proszę.
Inaczej umrę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz